Zerkam przez ramię na mężczyznę pomiatającego mną jak zabawką. Otwieram usta, ale po chwili się rozmyślam. I tak nie będzie chciał udzielić mi informacji. Przecież dosyć niedawno zapowiedziałam, że ich wszystkich pozabijam. Z rezygnacją przymykam powieki a dłonie wczepiam w mięciutki dywan wyłożony na posadzce. Ma barwę ciemnego brązu idealnie współgrającego ze zgniłą zielenią ścian. Włoski muskają mi delikatnie skórę i lekko ją łaskoczą.
Muszę odpuścić zadawanie pytań typu: "Jak masz na imię? Co ze mną zrobicie?" Chociaż chętnie zalałabym go potokiem słów, to za żadne skarby nie mam zamiaru mówić do niego w formie bezosobowej. Wiem, że zaprzeczam samej sobie. Złotego środku nie ma. Nic nie przychodzi mi do głowy. Postanawiam więc milczeć do końca tej krótkiej podróży. Przynajmniej myślę, że będzie krótka, ale bardziej pomylić się nie mogłam. Jestem ciągnięta korytarzami już jakieś dziesięć minut i mijamy wszystkie drzwi, które napotykamy po drodze. Wszystkie są wyrzeźbione w tym samym ciemnym drewnie i połyskują przy świetle żyrandoli. Dostrzegam w równo wypolerowanej powierzchni odbicie własnej twarzy i tył głowy obcego. Wcześniej, gdy się odwracałam, byłam w stanie tylko zobaczyć jego tyłek, co wprowadzało mnie w obrzydzenie, bo nos wchodził w sam środek. Musiałam się trochę przechylać a i tak nie dawałam rady ujrzeć tego, co znajdowało się nieco wyżej. Teraz jednak jest inaczej. W oczy rzucają mi się ciemne, krótko przystrzyżone włosy. Przez koszulkę widoczne są rozbudowane mięśnie. Jedną dłoń ma luźno zwieszoną wzdłuż ciała a drugą mocno zaciska na mojej koszulce i nie puszcza choć bieleją mu kostki. Aż tak bardzo się mnie obawia? Gdy przyglądam się swojej buzi, nie ma tam niczego innego niż bladej cery, zapadniętej skóry na policzkach i podkrążonych oczu. Wyglądam jak trup gotowy do kremacji.
Przełykam ślinę poddenerwowana i zbieram się w sobie. Nabieram powietrza do płuc i pozwalam, by słowa opuściły cicho krtań i usta.
- Daleko jeszcze? - przez cały czas patrzę w najodleglejszy punkt. Wyczekuję odpowiedzi z zapartym tchem. Czuję, jak serce wali mi nieprzerwanie w piersi boleśnie dając o sobie znać. Czego się tak boję? Przecież mnie nie zabiją, prawda?
- Nie - zatrzymujemy się w tym momencie przed ogromnymi drzwiami. Stawia mnie na równe nogi i popycha wcale nie delikatnie przed siebie, bym się im przyjrzała. -Teraz mi powiedz, co tam widzisz, Cornelio - mrugam zdziwiona dwa razy. I czemu ma to służyć? Opisuję mu je z taką dokładnością, na jaką mnie stać. Wspominam o tym, że są usiane przeróżnymi wzorami. On tylko kiwa głową i otwiera je zanim zdążę choć w małym calu opisać obrazy pojawiające się co jakiś czas. Zamieram z otwartymi ustami, ale po chwili przygryzam wargę, by ukryć tę reakcję. Skoro nie dopytał się mnie o więcej to znaczy, że te dwie postacie to tylko wybryk mojej wyobraźni. Najwidoczniej jestem zbyt zmęczona i mój mózg powoli odchodzi od zmysłów. Nie mogę jednak oderwać wzroku od blondyna w przedziwnej pelerynie. Świdruje mnie spojrzeniem, gdy tylko pojawia się na drzwiach. Odnoszę wrażenie, że chce mnie poznać na wylot.
Z otępienia wyrywa mnie dopiero mocne szarpnięcie ręki.
- Co tak sterczysz? Rusz się! - dopiero teraz widzę jego twarz. Sądziłam, że jest starszy a tym czasem wygląda jedynie na jakieś 30 lat. Tak, oczekiwałam kogoś po czterdziestce, może więcej. Rysy ma delikatne, karnację ciemną. Pasuje idealnie do jego łagodnych, brązowych oczu, które teraz uważnie studiują każdy skrawek mojego ciała. Nie robią tego agresywnie. Wręcz z delikatnością. Tak, jakby chciały zdjąć ze mnie te wszystkie złe powłoki, którymi się otaczam. Są jak woda, w której chciałabym się zanurzyć, ale wiem, że nie mogę. Muszę trwać przy rzeczywistości i zmuszam się do zrobienia kroku w tył. Kosztuje mnie to bardzo dużo odwagi. Mężczyzna unosi wysoko brwi i wzdycha z rezygnacją. W zasadzie robi to jak każdy w tym miejscu, gdy jest już moim zachowaniem podirytowany. I chyba stanie się to normą w pewnym momencie.
- Jeszcze niedawno spaliła prawie całą salę treningową a teraz tchórzy. Co jest z nią nie tak? - tuż za nami pojawia się ten facet, którego przerobiłam na kiełbaskę z grilla. Zastanawiam się, jakim cudem stoi teraz cały i zdrowy bez żadnego, nawet najmniejszego oparzenia. Przecież mocno go poturbowałam. Tak mi się zdawało... Wygląda nawet lepiej niż wcześniej. Jest pełny wigoru. Nawet lekki uśmieszek pałęta mu się po ustach. Na jego ramieniu dostrzegam małego, żółtego ptaszka, który na mój widok uciekł do pomieszczenia przede mną. Nawet zwierzęta przede mną uciekają...
- Hibari! - mrużę oczy i przyglądam się im, gdy przybijają sobie piątkę. Na początku myślę, że się przytulą i poklepią po plecach, więc muszę ukryć zdziwienie za cichym prychnięciem. Wywracam również oczami, by utwierdzić ich w fakcie, że jest to dla co najmniej dziwne i obrzydliwe. Splatam dłonie na piersiach. Oni w tym czasie prowadzą jakąś nieznaczącą konwersację typu: "Cześć, jak się masz? Wszystko u ciebie okej? Tak, tak!"
Zdawkowa grzeczność tylko mnie irytuje. Odnoszę jednak wrażenie, że chcą w ten sposób prawdziwe relacje, które ich łączą bym nie mogła wykorzystać tego na swoją korzyść. Czyżby naprawdę byli gejami? Zaczynam postukiwać stopą o miękki dywan i szukam zegara wzrokiem. To oczywiste, że go tu nie ma, ale chciałabym wiedzieć, która jest godzina i jaki mamy dzień. Zgrzytam zębami i przenoszę wzrok z powrotem na nich. Przyglądają mi się uważnie. Niejaki Hibari posyła mi kpiące spojrzenie.
- Nie będzie z niej żadnego pożytku, Yamamoto Takeshi. Przyjrzyj się jej. Przyniesie tylko hańbę Vongoli - kończąc to zdanie, udaje się ponownie do pokoju. Z daleka słyszę cichy śpiew ptaka. Gryzę się w język. Jeśli obrażę któregoś z nich mogę jedynie pogorszyć swoją sytuację. Już i tak jestem w ciemnej dupie.
Ten, który mnie tu przyprowadził zaśmiał się cicho. Patrzę na niego zdziwiona, gdy posyła w moją stronę uśmiech rozchodzący się od ucha do ucha. Kładzie mi dłoń na głowie.
- Ja uważam inaczej - szepcze i czochra mi włosy tworząc w ten sposób artystyczny nieład. Strząsam tą rękę. Nie podoba mi się to, że z taką łatwością mnie dotykają. Czy oni znają pojęcie prywatności? Chyba czas wyznaczyć granice.
- Nie dotykaj mnie - warczę. Mam wielką ochotę uderzyć go w twarz. Nie jestem dla mnie przecież kimś ważnym. Nie znam tego faceta. Więc jakim prawem traktuje mnie jak swoją młodszą siostrę? Co jest z nim nie tak? - Jeśli nie chcesz, bym się zbuntowała, trzymaj łapy przy sobie, zrozumiano?! - podnoszę głos choć nie powinnam. Kilka sekund później żałuję, że tak się zachowałam.
Wyraz jego twarzy się zmienia. Już nie jest tak łagodny jak chwilę temu. Jest dziki. W czekoladowych oczach, które do tej pory emanowały ciepłem i dobrocią, teraz pojawiają się przerażające błyski.
- Takeshi, pamiętaj, kim ona jest. Jeśli ją zabijesz Vongola będzie skończona - dołącza do nas wysoka dziewczyna o fioletowych włosach związanych w kok. Dźwięk uderzający obcasów jest tłumiony przez dywan. Paca go lekko po ramieniu i przekierowuje na mnie całą swoją uwagę. Nie jestem w stanie znieść tego spojrzenia i nim mija sekunda, odwracam speszony wzrok. - No, i tak ma być. Troszkę szacunku dla starszych, Jedenasta - posyła mi delikatny uśmiech i pociąga mężczyznę do środka.
W efekcie zostaję sama i nie wiem, co z sobą zrobić. Zaczynam chodzić w tą i z powrotem wzdłuż drzwi z dłońmi splecionymi za plecami. Myślę o tym, co usłyszałam z ich ust i stwierdzam, że nie mam zielonego pojęcia, w jakiej jestem teraz sytuacji. Nie wiem, czego ode mnie chcą. Czym jest Vongola? I dlaczego nazywają mnie liczbą porządkową?
Mam wrażenie, że odpowiedzi na te pytania znajdę w pokoju przede mną. Mimo, że nie dostałam zaproszenia, biorę głęboki oddech i przekraczam jego próg.
* * *
Skończone~! *wzdycha* Możecie narzekać, nie miałam weny pod koniec ;w;
