środa, 23 lipca 2014

Cel III - I co dalej?

Podziwiam obrazy wiszące na ciemnozielonych ścianach pałacu. Przedstawiają one twarze kobiet i mężczyzn a pod ich wizerunkami, na złotych, błyszczących ramach wypisano imiona oraz nazwiska. Do tego data urodzenia i zgonu rzucają się w oczy. Wszystko jest ustawione w porządku chronologicznym. Przychodzi mi na myśl aleja sław, czy też aleja pamięci stworzona dla najważniejszych osób, które zmarły. Obrazów nie jest wiele. Zaledwie dziesięć. I każdy z nich został namalowany w innym stylu. To widać po odcieniach barw. Ale czy aby na pewno? Nie znam się na tym, ale podziwiam z zachwytem ostatni z nich. Łagodne, czekoladowe oczy wpatrują się we mnie uważnie, gdy mijam kogoś bardzo podobnego do mnie. Uśmiecha się delikatnie z krzesła, na którym siedzi. Mam wrażenie, że chce w ten sposób dodać mi pewności siebie i przekonać, iż wszystko będzie dobrze. Kręcę głową, by odegnać te głupie, niemożliwe myśli i skupiam się ponownie na dźwiękach szurania. Usypia mnie to i po chwili powieki opadają mi ciężko i już mam odpłynąć w ramiona Morfeusza, gdy moją uwagę przykuwa coś błyszczącego na suficie. Zadzieram brodę w górę i podziwiam piękne, diamentowe żyrandole przypominające swoim wyglądem kaskady wodospadów. Ostre, niebezpiecznie zakończone kamienie to te zdradliwe bałwany na samym dole, gdy hektolitry wody uderzają o tafle niespokojnego strumienia. Wzdycham zachwycona i uśmiecham się lekko. Jestem bardzo ciekawa co jeszcze ukrywa przede mną ten niesamowity dom.
Zerkam przez ramię na mężczyznę pomiatającego mną jak zabawką. Otwieram usta, ale po chwili się rozmyślam. I tak nie będzie chciał udzielić mi informacji. Przecież dosyć niedawno zapowiedziałam, że ich wszystkich pozabijam. Z rezygnacją przymykam powieki a dłonie wczepiam w mięciutki dywan wyłożony na posadzce. Ma barwę ciemnego brązu idealnie współgrającego ze zgniłą zielenią ścian. Włoski muskają mi delikatnie skórę i lekko ją łaskoczą.
Muszę odpuścić zadawanie pytań typu: "Jak masz na imię? Co ze mną zrobicie?" Chociaż chętnie zalałabym go potokiem słów, to za żadne skarby nie mam zamiaru mówić do niego w formie bezosobowej. Wiem, że zaprzeczam samej sobie. Złotego środku nie ma. Nic nie przychodzi mi do głowy. Postanawiam więc milczeć do końca tej krótkiej podróży. Przynajmniej myślę, że będzie krótka, ale bardziej pomylić się nie mogłam. Jestem ciągnięta korytarzami już jakieś dziesięć minut i mijamy wszystkie drzwi, które napotykamy po drodze. Wszystkie są wyrzeźbione w tym samym ciemnym drewnie i połyskują przy świetle żyrandoli. Dostrzegam w równo wypolerowanej powierzchni odbicie własnej twarzy i tył głowy obcego. Wcześniej, gdy się odwracałam, byłam w stanie tylko zobaczyć jego tyłek, co wprowadzało mnie w obrzydzenie, bo nos wchodził w sam środek. Musiałam się trochę przechylać a i tak nie dawałam rady ujrzeć tego, co znajdowało się nieco wyżej. Teraz jednak jest inaczej. W oczy rzucają mi się ciemne, krótko przystrzyżone włosy. Przez koszulkę widoczne są rozbudowane mięśnie. Jedną dłoń ma luźno zwieszoną wzdłuż ciała a drugą mocno zaciska na mojej koszulce i nie puszcza choć bieleją mu kostki. Aż tak bardzo się mnie obawia? Gdy przyglądam się swojej buzi, nie ma tam niczego innego niż bladej cery, zapadniętej skóry na policzkach i podkrążonych oczu. Wyglądam jak trup gotowy do kremacji.
   Przełykam ślinę poddenerwowana i zbieram się w sobie. Nabieram powietrza do płuc i pozwalam, by słowa opuściły cicho krtań i usta.
- Daleko jeszcze? - przez cały czas patrzę w najodleglejszy punkt. Wyczekuję odpowiedzi z zapartym tchem. Czuję, jak serce wali mi nieprzerwanie w piersi boleśnie dając o sobie znać. Czego się tak boję? Przecież mnie nie zabiją, prawda?
- Nie - zatrzymujemy się w tym momencie przed ogromnymi drzwiami. Stawia mnie na równe nogi i popycha wcale nie delikatnie przed siebie, bym się im przyjrzała. -Teraz mi powiedz, co tam widzisz, Cornelio - mrugam zdziwiona dwa razy. I czemu ma to służyć? Opisuję mu je z taką dokładnością, na jaką mnie stać. Wspominam o tym, że są usiane przeróżnymi wzorami. On tylko kiwa głową i otwiera je zanim zdążę choć w małym calu opisać obrazy pojawiające się co jakiś czas. Zamieram z otwartymi ustami, ale po chwili przygryzam wargę, by ukryć tę reakcję. Skoro nie dopytał się mnie o więcej to znaczy, że te dwie postacie to tylko wybryk mojej wyobraźni. Najwidoczniej jestem zbyt zmęczona i mój mózg powoli odchodzi od zmysłów. Nie mogę jednak oderwać wzroku od blondyna w przedziwnej pelerynie. Świdruje mnie spojrzeniem, gdy tylko pojawia się na drzwiach. Odnoszę wrażenie, że chce mnie poznać na wylot.
   Z otępienia wyrywa mnie dopiero mocne szarpnięcie ręki.
- Co tak sterczysz? Rusz się! - dopiero teraz widzę jego twarz. Sądziłam, że jest starszy a tym czasem wygląda jedynie na jakieś 30 lat. Tak, oczekiwałam kogoś po czterdziestce, może więcej. Rysy ma delikatne, karnację ciemną. Pasuje idealnie do jego łagodnych, brązowych oczu, które teraz uważnie studiują każdy skrawek mojego ciała. Nie robią tego agresywnie. Wręcz z delikatnością. Tak, jakby chciały zdjąć ze mnie te wszystkie złe powłoki, którymi się otaczam. Są jak woda, w której chciałabym się zanurzyć, ale wiem, że nie mogę. Muszę trwać przy rzeczywistości i zmuszam się do zrobienia kroku w tył. Kosztuje mnie to bardzo dużo odwagi. Mężczyzna unosi wysoko brwi i wzdycha z rezygnacją. W zasadzie robi to jak każdy w tym miejscu, gdy jest już moim zachowaniem podirytowany. I chyba stanie się to normą w pewnym momencie.
- Jeszcze niedawno spaliła prawie całą salę treningową a teraz tchórzy. Co jest z nią nie tak? - tuż za nami pojawia się ten facet, którego przerobiłam na kiełbaskę z grilla. Zastanawiam się, jakim cudem stoi teraz cały i zdrowy bez żadnego, nawet najmniejszego oparzenia. Przecież mocno go poturbowałam. Tak mi się zdawało... Wygląda nawet lepiej niż wcześniej. Jest pełny wigoru. Nawet lekki uśmieszek pałęta mu się po ustach. Na jego ramieniu dostrzegam małego, żółtego ptaszka, który na mój widok uciekł do pomieszczenia przede mną. Nawet zwierzęta przede mną uciekają...
- Hibari! - mrużę oczy i przyglądam się im, gdy przybijają sobie piątkę. Na początku myślę, że się przytulą i poklepią po plecach, więc muszę ukryć zdziwienie za cichym prychnięciem. Wywracam również oczami, by utwierdzić ich w fakcie, że jest to dla co najmniej dziwne i obrzydliwe. Splatam dłonie na piersiach. Oni w tym czasie prowadzą jakąś nieznaczącą konwersację typu: "Cześć, jak się masz? Wszystko u ciebie okej? Tak, tak!"
  Zdawkowa grzeczność tylko mnie irytuje. Odnoszę jednak wrażenie, że chcą w ten sposób prawdziwe relacje, które ich łączą bym nie mogła wykorzystać tego na swoją korzyść. Czyżby naprawdę byli gejami? Zaczynam postukiwać stopą o miękki dywan i szukam zegara wzrokiem. To oczywiste, że go tu nie ma, ale chciałabym wiedzieć, która jest godzina i jaki mamy dzień. Zgrzytam zębami i przenoszę wzrok z powrotem na nich. Przyglądają mi się uważnie. Niejaki Hibari posyła mi kpiące spojrzenie.
- Nie będzie z niej żadnego pożytku, Yamamoto Takeshi. Przyjrzyj się jej. Przyniesie tylko hańbę Vongoli - kończąc to zdanie, udaje się ponownie do pokoju. Z daleka słyszę cichy śpiew ptaka. Gryzę się w język. Jeśli obrażę któregoś z nich mogę jedynie pogorszyć swoją sytuację. Już i tak jestem w ciemnej dupie.
   Ten, który mnie tu przyprowadził zaśmiał się cicho. Patrzę na niego zdziwiona, gdy posyła w moją stronę uśmiech rozchodzący się od ucha do ucha. Kładzie mi dłoń na głowie.
- Ja uważam inaczej - szepcze i czochra mi włosy tworząc w ten sposób artystyczny nieład. Strząsam tą rękę. Nie podoba mi się to, że z taką łatwością mnie dotykają. Czy oni znają pojęcie prywatności? Chyba czas wyznaczyć granice.
- Nie dotykaj mnie - warczę. Mam wielką ochotę uderzyć go w twarz. Nie jestem dla mnie przecież kimś ważnym. Nie znam tego faceta. Więc jakim prawem traktuje mnie jak swoją młodszą siostrę? Co jest z nim nie tak? - Jeśli nie chcesz, bym się zbuntowała, trzymaj łapy przy sobie, zrozumiano?! - podnoszę głos choć nie powinnam. Kilka sekund później żałuję, że tak się zachowałam.
   Wyraz jego twarzy się zmienia. Już nie jest tak łagodny jak chwilę temu. Jest dziki. W czekoladowych oczach, które do tej pory emanowały ciepłem i dobrocią, teraz pojawiają się przerażające błyski.
- Takeshi, pamiętaj, kim ona jest. Jeśli ją zabijesz Vongola będzie skończona - dołącza do nas wysoka dziewczyna o fioletowych włosach związanych w kok. Dźwięk uderzający obcasów jest tłumiony przez dywan. Paca go lekko po ramieniu i przekierowuje na mnie całą swoją uwagę. Nie jestem w stanie znieść tego spojrzenia i nim mija sekunda, odwracam speszony wzrok. - No, i tak ma być. Troszkę szacunku dla starszych, Jedenasta - posyła mi delikatny uśmiech i pociąga mężczyznę do środka.
W efekcie zostaję sama i nie wiem, co z sobą zrobić. Zaczynam chodzić w tą i z powrotem wzdłuż drzwi z dłońmi splecionymi za plecami. Myślę o tym, co usłyszałam z ich ust i stwierdzam, że nie mam zielonego pojęcia, w jakiej jestem teraz sytuacji. Nie wiem, czego ode mnie chcą. Czym jest Vongola? I dlaczego nazywają mnie liczbą porządkową?
Mam wrażenie, że odpowiedzi na te pytania znajdę w pokoju przede mną. Mimo, że nie dostałam zaproszenia, biorę głęboki oddech i przekraczam jego próg.

* * *

Skończone~! *wzdycha* Możecie narzekać, nie miałam weny pod koniec ;w;

czwartek, 15 maja 2014

Cel II - Niezbyt ciepłe powitanie.

Uchylam ociężałe powieki. Widzę sufit. Niezbyt jasny, ale też niezbyt ciemny. Mieszanina barw wszystkich odcieni brązu. Wyciągam rękę w górę i przyglądam się swoim palcom. Zniszczona, sucha i brudna skóra rzuca się w oczy. To samo dzieje się z paznokciami poobgryzanymi do krwi. Zdaję sobie sprawę, że jestem zaniedbana. Moje włosy aż krzyczą o wizytę u fryzjera. Wszelkie blizny zdobiące ciało wołają o pomstę do nieba. Tylko co ja mogę zrobić w obliczu biedy, która mnie otacza?
   Opuszczam po chwili rękę. Bolą mnie wszystkie mięśnie i nie jestem w stanie utrzymać jej długo na wysokości. Dawno nie miałam do czynienia ze skutkami używania nadmiernej ilości mocy. Nie przeszkadza mi to. Przejdzie po tygodniu. Ale ten tydzień będzie mordęgą. Wyobrażam sobie rwący ból w całym ciele występujący podczas chodzenia i mimowolnie się wzdrygam. Niezbyt przyjemne doświadczenia czekają przede mną. Czas się uzbroić w cierpliwość.
   Zamykam oczy i chcę znowu zasnąć. Niestety, zapadam tylko w płytki sen. Słyszę więc wszelki hałas, szmer czy jęknięcia drewna zdobiącego podłogę. To uciążliwe. Miałam nadzieję na odcięcie się od świata i wymazanie z pamięci ostatnich wydarzeń. Pragnęłam zanurzyć się w odmęty snu i z nich nie wychodzić.
   Tym czasem, do moich uszu dociera skrzypienie drzwi. Nie uchylam jednak powiek. Będę udawać, że śpię i może da mi spokój.
- Eh... Głupie drzwi. Trzeba je naoliwić w końcu! - głos kobiety rozległ się w pomieszczeniu. Przeszedł echem i wrócił do niej. Rozpoznaję po barwie, intonacji oraz akcencie, że to nie tamta z wczoraj. Wczoraj? Może minęło już kilka dni i o niczym nie wiem?
   Odgłos zamykanych drzwi. Później są kroki. Ciche i szybkie niczym kot. Zbliżają się do miejsca, w którym leżę. Staram się nie uśmiechać. Próbuję kontrolować oddech. Jestem w pełni opanowana, gdy czyjś cień przesłania mi światło padające z okna znajdującego się na ścianie naprzeciw łóżka.
   Stwierdzam, że ta osoba ładnie pachnie. Stoi przy mnie na tyle blisko, że czuję aromat wanilii pomieszany z miętą. Ten zapach przypomina mi o mamie, którą zepchnęłam w najdalszą część umysłu. Otwiera on stare, zabliźnione rany. To boli. Bardzo. Chce mi się płakać, ale przecież nie mogę. Nie przy tej kobiecie. Jestem ciekawa, jak ma na imię...
- Wiem, że nie śpisz, więc daruj sobie te podchody, Cornelia-san - chwila ciszy przerywana tylko naszymi spokojnymi oddechami. Nadal się nie ruszam, nie mam odwagi. I siły. Przede wszystkim siły. Nagle otworzenie oczu staje się zbyt trudne. O zgrozo...
   Ciche westchnięcie. Kobieta mówi coś do siebie, podchodzi jeszcze bliżej. Chce mnie złapać za rękę, ale jestem szybsza. Zeskakuję z łóżka, mijam ją i z miną wyrażającą ogromne cierpienie przyjmuję postawę obronną.
   Znowu wzdycha i patrzy na mnie z politowaniem. Teraz mogę się jej przyjrzeć. Jest wysoka. Dużo wyższa ode mnie. Może to przez te kilkucentymetrowe szpilki. Twarz oplatają kobiecie krótkie, brązowe włosy przypominające barwą mleczną czekoladę bądź laskę wanilii. Oczy są identycznego koloru, ale gdzieś głęboko w nich dostrzegam ogromny smutek. Zaczynam się zastanawiać, dlaczego wygląda tak, jakby miała się zaraz popłakać.
   Opuszczam więc ręce. Staram się przybrać w miarę dobrą pozycję stojącą, by ograniczyć rwanie mięśni do minimum. Chcę zaspokoić swoją ciekawość nawet jeśli będą to niezręczne pytania.
Otwieram usta a z nich wydobywa się głos cichszy od szeptu. Nie poznaje go. To nie mogę być ja. Za bardzo się łamie. Zbyt niepewnie brzmi.
- Kim jesteś? - chwila ciszy zamienia się w minuty, przy których lustrujemy siebie nawzajem czekając, aż ta druga zrobi ruch. Mam nadzieje, że dostanę odpowiedź. Łaknę jej. Mam wrażenie, że bez niej nie przeżyję. Jest to dla mnie tlen, dzięki któremu mogę oddychać. Ale ona tylko patrzy. Trzyma mnie w mackach niepewności i nie puszcza. Czy to kara za ciekawość? Karcę siebie w myślach za głupotę. Czuję się zażenowana. I kiedy tak myślę o sobie jak o naiwnej kretynce, ona do mnie podchodzi powoli, spokojnie. Nie widzę u niej oznak zdenerwowania tylko rezygnację. I to mnie martwi najbardziej. Co planuje?
   Stajemy twarzą w twarz. Ciepły oddech kobiety owiewa mi twarz, odgarnia krótkie włosy do tyłu. Tym czasem mnie nie stać nawet na głębsze wdechy i wydechy. Widać, że stres przejmuje nade mną władze. Co za wstyd...
- Sasagawa Hana - podaje mi drobną, zadbaną dłoń. Dostrzegam na nieskazitelnie czystych paznokciach manikiur. Ciekawi mnie, jak to jest być w pełni czystym, jak to jest być pięknym i rozchwytywanym przez płeć przeciwną. Zastanawiam się, czy i ja kiedykolwiek będę wyglądać tak jak Sasagawa Hana. Pełna gracji i dumy kobieta. Czy mnie będzie stać na taki wysiłek? Czy dam radę zmienić się na tyle, by gromadzić wokół siebie ludzi?
   Ściskam jej dłoń niepewnie, delikatnie. Rzadko ktokolwiek okazywał mi tyle ciepła, więc nie wiem, jak powinno się reagować. Mam pustkę w głowie, której nie umiem zapełnić. Co robić? O czym myśleć? Gdzie się patrzyć? Co mówić? Czy w ogóle coś mówić? Za dużo pytań bije mi się po głowie i boli mnie pod czaszką. Tępy ból nieustępliwie pulsuje. Z każdą chwilą nabiera na sile. Przynajmniej odnoszę takie wrażenie, zapewne mylne. Uspokój się, oddychaj głęboko...
- C... - chcę przedstawić się mechanicznie. To chyba łączy większość ludzi. Kultura. Odpowiednie zachowanie. Nawet ja to wiem, choć nie za często obcowałam z innymi. Ale przypominam sobie, że ona już zna moje imię, pewnie już wie o mnie wszystko. Puszczam więc szybko dłoń Sasagawy i cofam się speszona, przestraszona. Cała złość, którą pałałam wcześniej, ulotniła się w te kilka minut parę dni temu. Teraz odczuwam tylko pustkę, nie mam chęci do życia. Zaczynam myśleć, że lepiej by było gdyby mnie zabili. I zanim zdążę ugryźć się w język, potok słów wychodzi z mych ust i nic nie umie go zatrzymać. Nawet tornado pustoszące miasta.
- Dlaczego jeszcze mnie nie zabiliście? - te bolesne pięć słów przeszywa moje serce, rani dotkliwie. Może jest im mnie szkoda? Może się nade mną litują?
   Przez cały czas patrzę w oczy Hanie. Nie wiem, czy mogę tak o niej myśleć. Czy wypada mi nazywać ją w myślach po imieniu? Może powinnam jednak używać nazwiska? Nie wiem prawie niczego. Zostaje mi wyciąganie wniosków. A jednym z pierwszych jest fakt, że moje słowa doprowadziły kobietę do płaczu. Słone krople spływają powoli z jej policzków zostawiając po sobie mokre ślady.  Nie mam wyrzutów sumienia. Tylko patrzę i podziwiam. Nie robię tego jednak długo, bo ona mnie mocno przytula. Zakleszcza wokół mojej talii swoje umięśnione ręce i nie puszcza. Wypłakuje się na moim ramieniu.
- Jakaś ty głupia, dziewucho... Taka głupia - szepcze pomiędzy szlochami. Po raz kolejny nie mam pojęcia, co powinnam zrobić. Objąć ją? Pocieszyć? Tylko jak? Nie znam się na tym. Mogę też dać upust swoim myślom i zranić ją jeszcze bardziej. Tak, to ostatnie byłoby jak najbardziej w moim stylu. Odpycham ją mocno. Tak mocno, że upada na tyłek. Moje ciemne oczy są przesiąknięte chłodem. Nie ma w nich za grosz ciepła, empatii. Wbijam wzrok w jej twarz i zaciskam usta w wąską kreskę. Gdy się odzywam, mój głos przypomina bardziej warczenie zwierzęcia. Jest niski, gardłowy.
- To ty jesteś głupia. Skoro ja chcę was wszystkich wytłuc to wy również powinniście zrobić ze mną to samo. Naturalna kolej rze... - w jeden chwili twarz Hany zmienia się nie do poznania. Widzę, jak ogarnia ją furia, rysy stają się ostrzejsze, groźne. Nie kończę zdania, bo dostaję w twarz z liścia. Policzek pulsuje mi boleśnie, robię dwa kroki w tył. Jestem tak zszokowana, że nie nadążam za jej ruchami i po chwili siedzę na podłodze z całą obolałą twarzą. Już myślę, że mnie kopnie w brodę. Spuszczam głowę, ukrywam twarz za włosami i oczekuję mocnego ciosu. On jednak nie nadchodzi. Mam zamknięte oczy, więc nie wiem, że kobieta idzie do wyjścia. Słyszę tylko szybkie kroki, stukanie obcasów oraz skrzypienie zawiasów drzwi. Odwracam się do niej zszokowana. Nadal nie dociera do mnie, co się właściwie wydarzyło. Nie takiej reakcji się spodziewałam. Oczekiwałam jeszcze większego płaczu. A tu proszę, taka niespodzianka i to niezbyt przyjemna. Otwieram usta, by powiedzieć coś jeszcze, ale ona sprawia, że zamykam się w sobie. Jej słowa przeszywają moje serce niczym miecz.
- Nie mogę uwierzyć, że ty naprawdę jesteś córką Tsuny i Kyoko. To wprost niewiarygodne, że ktoś taki jak ty jest z nimi spokrewniony! - trzaska drzwiami. Ja tylko siedzę zszokowana. Gdybym mogła, pewnie sama bym się teraz popłakała, ale przecież nikt mnie tego nie nauczył. Nikt nigdy nie dał mi szansy ulania łez. Oczy mnie szczypią. Nic jednak nie nadchodzi. Nie czekam więc dłużej i wstaję. Nie chwieję się, nie okazuję, że jakkolwiek mnie poruszyło zachowanie Sasagawy. Tak na wszelki wypadek, bo ktoś może mnie przecież obserwować.
   Rozglądam się uważnie. Nic, pusto. Tylko meble. Kamery są pewnie bardzo dobrze pochowane tak, by ukryć je przed moim wzrokiem. W pokoju panuje cisza przerywana jedynie moimi lekkimi oddechami. Czekam przez chwilę nadziei, że ona wróci i będziemy mogły kontynuować tę żałosną rozmowę. Jest to jednak lepsze niż siedzenie w kompletnej ciszy, w osamotnieniu i z przeświadczeniem, że jest się jedyną osobą w całym domu. Nawet w psychiatryku słychać było jęki i błaganie o pomoc, o wypuszczenie z tych klitek. Miałeś sąsiada za ścianą, który zamieniał z tobą kilka zdań o tym, co będzie jutro. Czy coś się zmieni, a może pozostanie takie samo.
   Tutaj natomiast nie ma nikogo. Niczego, co mogłoby zająć moje zrozpaczone myśli. Zwijam się w kłębek i chowam głowę w kolanach. Zaczynam kiwać się w przód i w tył jak w transie. To mnie uspokaja, usypia. Wyłączam się całkowicie, pozwalam sobie na odrobinę rozluźnienia. Ubrania - dopiero teraz zauważam, że przebrano mnie w czystą, białą, aksamitną koszulę sięgającą do półuda niczym osławione sukienki mini. Wyczuwam również czystą bieliznę. To niesamowite, ile radości, ile ulgi mogą dać takie błahe rzeczy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam na sobie czyste ubrania!
   Wydaje mi się, że promieniuję jaskrawym światłem bijącym po oczach i tak też się czuję. Włosy z wdziękiem opadają mi na twarz. Nie są już posklejane i tłuste. Teraz jest to malutka zasłona. Gładka, delikatna, przynosząca na myśl najdroższe materiały, o których nie mam bladego pojęcia. Osłania moją twarz przed wzrokiem wścibskich obserwatorów. Gdybym tylko była odpowiednio odżywiona, mogłabym uchodzić za piękną.
   Z otępienia wyciąga mnie jedno mocne kopnięcie w głowę, które sprawia, że mroczki wdzierają się pod powieki i nieustępliwie dają o sobie znać. Miejsce uderzenia pulsuje boleśnie. To tak, jakby miliony młotów pneumatycznych rozbijało ci podstawę czaszki.
    Leżę jak długa na podłodze i przyjmuje na siebie kolejny cios, tym razem w żebra. Czuję, jak pod skórą pękają mi kości i boleśnie wbijają się w cieńką barierę oddzielającą je od świata. Krzyczę z bólu. Unoszę z trudem głowę i staram się dostrzec napastnika. On jednak przygniata mnie stopą do podłogi powodując kolejne fale bólu i cierpienia.
   Pluję krwią i kaszlę. Ledwo patrzę na oczy, wszystko zostało przytłumione przez szum w uszach. Mam wrażenie, że świat obraca się w niewłaściwy sposób. Już nie próbuję poddźwignąć się na łokciach. Nie mam na to siły.
- Idziemy - mężczyzna warczy i łapie mnie za kołnież - Jeszcze zrobimy z ciebie człowieka, Jedenasta - i zaczyna ciągnąć po podłodze. Ręce luźno zwisają mi po obu stronach ciała i wpatruję się w szybko oddalającą ścianę. Przełykam ślinę pomieszaną z krwią i zastanawiam się, jak im się to uda.
- Powodzenia - charczę. On się tylko śmieje i idzie dalej korytarzem. Ten śmiech pobrzmiewa jeszcze w mojej głowie przez chwilę a później znika pozostawiając po sobie niezręczną ciszę przerywaną cichym szurnięciami.

* * *
Ta dam~ Się rozpisałam tym razem… Wybaczcie, że tak długo, ale jakoś nie miałam czasu ani weny :c

sobota, 19 kwietnia 2014

Cel I - Początki zawsze najgorsze.

~Załamałam się... Zaczęłam poszukiwać blogów o Katekyo Hitman Reborn i znalazłam tylko yaoi. Nic porządnego z własną fabułą opierającą się głównie na przyjaźni ich łączącej. Tylko liżący się faceci :I To obrzydza, a tak liczyłam na coś konkretnego c: Czy większość dziewczyn widzi w Tsunie, Gokuderze, Yamamoto i reszcie tylko gejów? Wpadam w bulwers, ja się tak nie bawię ;w; Jakby ktoś z was znalazł normalny blog bez yaoi to chętnie przygarnę ^^
.
.
.
Zanim zaczniecie czytać proponuję włączyć te dwie piosenki, obojętnie w jakiej kolejności c: Wprowadzają w klimat pierwszego rozdziału.
https://www.youtube.com/watch?v=DBixv2U8RS4&list=FLPiGbGwNqxYPJk15g2t4uQw
https://www.youtube.com/watch?v=Bos9Ey6e-5Y&list=FLPiGbGwNqxYPJk15g2t4uQw ~

Sekundy zamieniają się w minuty, minuty w godziny a godziny w dni. W tym czasie ja stoję na środku nieznanego mi pomieszczenia oświetlona przez reflektory. Pocę się, moja bluzka - choć ja bym to nazwała zwykłą szmatą do podłogi - przylega do mnie i wchłania wodę ulatującą z zawrotną prędkością. Ja myślę, że to zwykłe światła lamp, ale pewnie się mylę. Zbyt wielkie gorąco emanują. Poza tym, nigdy nie byłam w czymś takim jak szkoła. Nie miał mnie kto edukować, bo do tej pory siedziałam zamknięta w celi w psychiatryku.
  Chronię swoje oczy. Nie uchylam powiek nawet na chwilę. Grozi mi przecież oślepnięcie.
   To nie są dla mnie tortury. Nie odczuwam bólu, nie wiem, czy właśnie doznaję oparzeń trzeciego stopnia. Lubię żyć w niewiedzy i mieć klapki na oczach. Nie docierają do mnie przynajmniej wszystkie nieszczęścia tego świata. Nie muszę być obarczana brzemieniem chronienia bliskich mi osób. Zwyczajnie ich nie posiadam. A jak mam rodziców, to zapewne jestem ich znienawidzoną córką. I mi to opasuje. Nikt nie kocha kogoś takiego jak ja, więc ja też nie muszę się o to martwić. Wszelkie pozytywne uczucia są mi nieznane.
   Kim jestem? Cornelia. Cornelia Fischetti. Nic wam to nie mówi, prawda? Niedługo jednak poznacie moją zabójczą osobowość wystarczająco dokładnie.
   Reflektory gasną, robi się ciemno. Bardzo ciemno. Towarzyszy temu przejmujący chłód. Gęsia skórka staje się moim wierzchnim okryciem i byłaby idealnym płaszczem na zimne dni. Otwieram oczy i widzę... No właśnie chodzi o to, że nic nie widzę! Pusta sala przepełniona czernią zacieśniającą się wokół mnie. Pocieram przedramiona dłońmi w celu ogrzania się. Gdy wydycham powietrze ustami, mogę dostrzec parę. Muszę się jednak temu dobrze przyjrzeć. Odczuwam lekki strach. Wiem, że tli się w mojej podświadomości i tylko czeka, by zacisnąć te swoje mroczne pazury i doprowadzić mnie do paniki. Już wyobrażam sobie, jak oblizuje mi ucho szepcząc jednocześnie przerażające słowa. Mój mózg podsyła również obraz zacieśniających się szponów śmierci. Tak, boje się umrzeć.
   Ktoś kładzie mi dłonie na ramionach. Są ciężkie i silne. Z góry zakładam, że jest to facet. I nie mylę się. 
   - Wystarczy na dziś - jego głos rozbrzmiewa w ogromnej sali i odbija się echem od ścian.
   Dziś? Według niego minęło tylko kilka godzin? W takim razie, czemu czuję się tak, jakbym stała w jednym miejscu co najmniej tydzień?
   Nogi się pode mną uginają i gdyby nie silne ręce mężczyzny, upadłabym na podłogę. Właściwie, to do przytrzymania mnie nie potrzebowano dużo wysiłku. Wyglądam przecież jak rasowa anorektyczka a może nawet i gorzej.    Ten ktoś zdejmuje mi z oczu opaskę, o której nie zdawałam sobie sprawy. Cały czas byłam święcie przekonana, że jest tu tak ciemno.
- G-Giotto! Co ty wyprawiasz, kretynie? - Giotto? Ładne imię. Nawet bardzo. Sama wymowa tych sześciu liter sprawia, że uśmiecham się pod nosem. Ma w sobie coś ciepłego, uspokajającego. Mogłabym się w tym słowie zakochać i chyba tak też się stanie. Nikt mi przecież nie zabroni, prawda?
   Nagle z mojego gardła wydobywa się krzyk. Twarz ozdabia mi grymas bólu i zastanawiam się, czym oberwałam. Zimny, twardy metal jeszcze niedawno uderzał w mój kark i brzuch a teraz jest przykładany do mojej szyi i poddusza delikatnie. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że nie tylko ja drę się jak opętana. Ten głos - pełen dobroci i miękkości, ten akcent przyprawiający mnie o przyjemne dreszcze.  G I O T T O. Wymawiam to imię jakby było święte. Lecz co z tego, skoro nikt nie przybywa na ratunek. Jestem zła na samą siebie, bo próbuję polegać na kimś, kogo nie znam. Czemu tak bardzo oczekuję po obcej osobie wsparcia?!
   Chcę płakać. Tak bardzo bolą mnie mięśnie, że ledwo stoję na nogach. Już nie czuję tych dłoni, które zapewniały mi oparcie i nie wiem, ile wytrzymam.
- Puść ją, ojciec!
- Hibari, nie słuchaj go! Ona jest zdolna do wszystkiego! - ich głosy są zachrypnięte. "Zdolna do wszystkiego"? Chyba rozumiem. Ta kobieta chce powiedzieć, że zabiję im syna.Szybko wnioskuję łączące ich relacje, czyż nie? Ludzie w psychiatryku nazywali to intuicją. Intuicją rodziny Vongola. Do tej pory nie rozumiem, co mieli przez to na myśli.
   Ważniejszym jest jednak to, co dzieje się w tej chwili. Olać przeszłość, patrzmy na teraźniejszość. Rozpiera mnie złość, która zaczyna przysłaniać mi zdrowy osąd sytuacji. Nie jestem mordercą. Owszem, mogę zrobić krzywdę, ale tylko wtedy, gdy jestem naprawdę zła. No... czyli teraz, w tym momencie. Furia zasłania mi uszy swoimi parszywymi łapskami. Głosy stają się przytłumione. Czuję, jak wewnątrz mnie kumuluje się energia. Muszę się jej jakoś pozbyć, bo mnie rozsadzi.
   Na moim czole pojawia się specyficzny płomień. Pomarańcz pomieszana z błękitem idealnie podkreśla oczy pełne nienawiści do całego świata oraz rysy twarzy poprzecinane różnymi bliznami po walkach i najstraszniejszymi ludźmi na planecie. Dłonie mam spowite ogniem o identycznej barwie co ten emanujący z głowy. Na kilometr wyczuć można ode mnie mordercze intencje skierowane głównie do zebranych w pokoju. Wzbijam się w powietrze. Towarzyszy temu cichy świst powietrza. Włosy latają mi na wszystkie strony jak szalone. Wystawiam ręce w bardzo ciekawej pozycji, której wyuczyłam się morderczych treningach. Jedna jest wystawiona do przodu a druga - jak w odbiciu lustrzanym - do tyłu. Kumuluję w nich mniej więcej tyle samo ognia.
- X-BURNER - słyszę swój niewyraźny głos zachrypnięty od wiecznego milczenia. Jak dawno nie używałam własnych strun głosowych... Pragnę nawet rzec, że stęskniłam się za tym brzmieniem. Chyba powinnam w najbliższym czasie przypomnieć sobie wszystkie słowa. Obawiam się, że nie będę w stanie sklecić nawet najprostszych zdań.
  Płomienie, które nigdy nie powinny zostać wypuszczone na świat właśnie przypalają wysokiego faceta o ciemnych włosach. Widzę to wszystko mimo żaru płynącego ode mnie. Nie przeszkadza mi to. Właściwie to czuję się komfortowo. Ogarnia mnie nieopisane szczęście. Czuję się tak, jakbym nareszcie pozbyła się ogromnego balastu, o którym nie zdawałam sobie nawet sprawy. Dźwięki docierają już
 do mnie bez problemu. Ktoś krzyczy bym przestała. Nie słucham. Moje oczy płoną, na twarzy pojawia się szaleńczy uśmieszek. Nikt ani nic już nie da mi rady, muszą czekać aż się zmęczę choć to jest z lekka niemożliwie. Kumulowałam w sobie tę moc i właśnie znalazła ujście. Tego jest za dużo, mężczyzna umrze. Gdy już mam usunąć wszelkie hamulce, w głowie ukazują mi się przedziwne obrazy  przeszłości, o której chciałabym zapomnieć i nigdy do niej wracać. Hamują mnie, sprawiają, że nie jestem w stanie nikogo zabić. A tak bardzo pragnę krzywdy człowieka. Pragnę, by on również poczuł ten ból, co ja. Może to trochę zbyt egoistyczne, ale właśnie taka jestem. Nikt ani nic mnie nie zmieni. Nawet cholerna miłość.
   Jednak moje misterne plany zostają powstrzymane jednym szybkim cięciem. Jedyne, co słyszę to świst stali i łopotanie płomienia. Później następuje tylko tępy ból. O dziwo nie widzę smug krwi, gdy spadam na podłogę z głośnym hukiem. Gruz sypie się wokół a ja nie mogę złapać tchu. Bolą mnie wszystkie części ciała. To tak, jakby wbijano w ciało miliony igieł do zastrzyków. I to przez niewprawioną pielęgniarkę.
   Próbuję się podnieść na rękach. Za każdym razem, niestety, upadam. Towarzyszą temu ciche krzyki, którę chętnie bym schowała głęboko w pierści. Jestem zła na siebie. Za to, że okazuje słabość. I to przy tylu ludziach.
   Płaczę. Kolejny powód, by być wściekłą. Jak mogę się tak załamywać?!
   Wpatruję się w jasny sufit i zamykam oczy, mrugam. Staram się uspokoić. Potok słonych kropli jednak nie ustaje i nie pozostaje mi nic innego jak zakrycie dłońmi zaróżowionych oczu. Ocieram je we frustracji. Też nie pomaga. Nagle nachodzi mnie chęć przytulenia się do kogoś i nie opuszcza przez cały czas. Zostaje ze mną do momentu, w którym dostaję tępą stroną miecza po brzuchu. Czarne, czerwone, zielone, niebieskie i żółte plamy nachodzą na siebie i tworzą po chwili aksamitną chustę. Nic nie widzę. Nic nie słyszę. Mam wrażenie, że umarłam. Nareszcie. Śmierć objęła mnie swoimi ramionami! Uśmiecham się do siebie i oczyma wyobraźni wyciągam rękę ku górze i macham. Do tego szarego, bolesnego świata. Mówię mu "Żegnaj, nie będę tęsknić.".

niedziela, 2 lutego 2014

Prolog

Ekhm, ekhm... Żeby zaspokoić waszą ciekawość postanowiłam napisać prolog, a nie za bardzo lubię bawić się w takie ceregiele c: Zrobię dla was jednak wyjątek <3 Łapajcie ^w^
* * *
Stara willa stojąca gdzieś w głębi lasu. W ciemnych korytarzach prawie pusty gabinet zabezpieczony drzwiami kuloodpornymi. Na biurku stoi zakurzona szkatułka, a w środku leży siedem pierścieni, które czekają aż dawni właściciele z powrotem założą je na serdeczne palce lewej ręki. Zaślubiny z pogodą - tak to można zinterpretować. Tu powinno mieszkać od groma ludzi, ale przez ostatnie 16 lat nie zawitała tutaj żadna żywa dusza. Rodzi się pytanie, czemu? To już innym razem. Coś się jednak dzisiaj zmieniło. Bowiem w to zakurzone domostwo wkroczyły dwie postacie i teraz kierują się w stronę owego gabinetu w ciemnościach. Nikt nie zapalił światła. Nie chcą psuć tego nastroju tajemniczości. Między nimi panuje cisza przyjemnego rodzaju, daje się również wyczuć intymniejszą atmosferę. Niższa z nich uczepiła się przedramienia towarzysza.
- H-Hibari-san... Czy mi się wydaje, czy zrobiło się tu jakoś straszniej?
 - Nie spodziewajmy się sielankowego ducha w opuszczonym zamczysku, Haru - mruknął i przyciągnął ją do siebie, całując przy tym w czubek głowy. - Lepiej się ruszmy, bo młody będzie zadawał głupie pytania - przyjaciółka, a raczej żona, przytaknęła z entuzjazmem i mocniej zacisnęła palce na jego bluzie. Przyspieszyli kroku. Mimo, że kiedyś tu mieszkali razem z innymi przyjaciółmi, teraz czuli się tutaj jak obcy, jak intruzi. Brakowało tego gwaru przepełnionego radością. Mury utraciły swoje ciepło, które dostawało od rozpogodzonych młodych ludzi. Miną kolejne lata zanim wszystko wróci tu do normy, a możecie być pewni, że tak się stanie. Przemierzając ciche, zakurzone tajemne przejścia, dotarli na miejsce szybciej niż się spodziewali. Nikłe, fioletowe płomienie rozświetliły pokój na tyle, by ujrzeć zarysy mebli i szkatułki. Mężczyzna szepcze coś do partnerki i tak bierze drżącymi rękoma pudełeczko, jakby był to przedmiot święty.
- Tsuna-san nie będzie zły?
- Jemu jest już wszystko jedno. Sam przecież rozwiązał tą rodzinę - mruczy pod nosem ledwie słyszalnie nawet dla niej. Hibari'emu ten temat podnosi ciśnienie i nie przepada za rozmowami o tym co się stało. Teraz liczy się tylko jedno - znalezienie odpowiednich zastępców i wyszkolenie ich. - Chodźmy już. Trzeba się skontaktować z Trawiasto-głowym.- Odwraca się w stronę drzwi i wychodzi, by nie czuć tego okropnego wstydu. Gdyby dało się cofnąć czas, on na pewno nie dopuściłby do takiego obrotu spraw. Niestety jest już za późno.  



sobota, 18 stycznia 2014

Krótko i na temat

Ostatnio miałam małą fazę (i nadal mam) na Katekyo Hitman Reborn. I tak sobie pomyślałam, czemu by nie założyć o nim bloga i nie wymyślić własnej historii :D Także, witam was na blogu, gdzie będę opisywała dzieje przyszłej 11. Vongoli c: Mam nadzieję, że niektórzy nie będą zawiedzeni tym, iż nie będzie tu tyle Tsuny i reszty naszych ukochanych bohaterów. Chcę, by to wszystko było oryginalne c: Życzę miłej lektury~


Sonozaki