sobota, 19 kwietnia 2014

Cel I - Początki zawsze najgorsze.

~Załamałam się... Zaczęłam poszukiwać blogów o Katekyo Hitman Reborn i znalazłam tylko yaoi. Nic porządnego z własną fabułą opierającą się głównie na przyjaźni ich łączącej. Tylko liżący się faceci :I To obrzydza, a tak liczyłam na coś konkretnego c: Czy większość dziewczyn widzi w Tsunie, Gokuderze, Yamamoto i reszcie tylko gejów? Wpadam w bulwers, ja się tak nie bawię ;w; Jakby ktoś z was znalazł normalny blog bez yaoi to chętnie przygarnę ^^
.
.
.
Zanim zaczniecie czytać proponuję włączyć te dwie piosenki, obojętnie w jakiej kolejności c: Wprowadzają w klimat pierwszego rozdziału.
https://www.youtube.com/watch?v=DBixv2U8RS4&list=FLPiGbGwNqxYPJk15g2t4uQw
https://www.youtube.com/watch?v=Bos9Ey6e-5Y&list=FLPiGbGwNqxYPJk15g2t4uQw ~

Sekundy zamieniają się w minuty, minuty w godziny a godziny w dni. W tym czasie ja stoję na środku nieznanego mi pomieszczenia oświetlona przez reflektory. Pocę się, moja bluzka - choć ja bym to nazwała zwykłą szmatą do podłogi - przylega do mnie i wchłania wodę ulatującą z zawrotną prędkością. Ja myślę, że to zwykłe światła lamp, ale pewnie się mylę. Zbyt wielkie gorąco emanują. Poza tym, nigdy nie byłam w czymś takim jak szkoła. Nie miał mnie kto edukować, bo do tej pory siedziałam zamknięta w celi w psychiatryku.
  Chronię swoje oczy. Nie uchylam powiek nawet na chwilę. Grozi mi przecież oślepnięcie.
   To nie są dla mnie tortury. Nie odczuwam bólu, nie wiem, czy właśnie doznaję oparzeń trzeciego stopnia. Lubię żyć w niewiedzy i mieć klapki na oczach. Nie docierają do mnie przynajmniej wszystkie nieszczęścia tego świata. Nie muszę być obarczana brzemieniem chronienia bliskich mi osób. Zwyczajnie ich nie posiadam. A jak mam rodziców, to zapewne jestem ich znienawidzoną córką. I mi to opasuje. Nikt nie kocha kogoś takiego jak ja, więc ja też nie muszę się o to martwić. Wszelkie pozytywne uczucia są mi nieznane.
   Kim jestem? Cornelia. Cornelia Fischetti. Nic wam to nie mówi, prawda? Niedługo jednak poznacie moją zabójczą osobowość wystarczająco dokładnie.
   Reflektory gasną, robi się ciemno. Bardzo ciemno. Towarzyszy temu przejmujący chłód. Gęsia skórka staje się moim wierzchnim okryciem i byłaby idealnym płaszczem na zimne dni. Otwieram oczy i widzę... No właśnie chodzi o to, że nic nie widzę! Pusta sala przepełniona czernią zacieśniającą się wokół mnie. Pocieram przedramiona dłońmi w celu ogrzania się. Gdy wydycham powietrze ustami, mogę dostrzec parę. Muszę się jednak temu dobrze przyjrzeć. Odczuwam lekki strach. Wiem, że tli się w mojej podświadomości i tylko czeka, by zacisnąć te swoje mroczne pazury i doprowadzić mnie do paniki. Już wyobrażam sobie, jak oblizuje mi ucho szepcząc jednocześnie przerażające słowa. Mój mózg podsyła również obraz zacieśniających się szponów śmierci. Tak, boje się umrzeć.
   Ktoś kładzie mi dłonie na ramionach. Są ciężkie i silne. Z góry zakładam, że jest to facet. I nie mylę się. 
   - Wystarczy na dziś - jego głos rozbrzmiewa w ogromnej sali i odbija się echem od ścian.
   Dziś? Według niego minęło tylko kilka godzin? W takim razie, czemu czuję się tak, jakbym stała w jednym miejscu co najmniej tydzień?
   Nogi się pode mną uginają i gdyby nie silne ręce mężczyzny, upadłabym na podłogę. Właściwie, to do przytrzymania mnie nie potrzebowano dużo wysiłku. Wyglądam przecież jak rasowa anorektyczka a może nawet i gorzej.    Ten ktoś zdejmuje mi z oczu opaskę, o której nie zdawałam sobie sprawy. Cały czas byłam święcie przekonana, że jest tu tak ciemno.
- G-Giotto! Co ty wyprawiasz, kretynie? - Giotto? Ładne imię. Nawet bardzo. Sama wymowa tych sześciu liter sprawia, że uśmiecham się pod nosem. Ma w sobie coś ciepłego, uspokajającego. Mogłabym się w tym słowie zakochać i chyba tak też się stanie. Nikt mi przecież nie zabroni, prawda?
   Nagle z mojego gardła wydobywa się krzyk. Twarz ozdabia mi grymas bólu i zastanawiam się, czym oberwałam. Zimny, twardy metal jeszcze niedawno uderzał w mój kark i brzuch a teraz jest przykładany do mojej szyi i poddusza delikatnie. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że nie tylko ja drę się jak opętana. Ten głos - pełen dobroci i miękkości, ten akcent przyprawiający mnie o przyjemne dreszcze.  G I O T T O. Wymawiam to imię jakby było święte. Lecz co z tego, skoro nikt nie przybywa na ratunek. Jestem zła na samą siebie, bo próbuję polegać na kimś, kogo nie znam. Czemu tak bardzo oczekuję po obcej osobie wsparcia?!
   Chcę płakać. Tak bardzo bolą mnie mięśnie, że ledwo stoję na nogach. Już nie czuję tych dłoni, które zapewniały mi oparcie i nie wiem, ile wytrzymam.
- Puść ją, ojciec!
- Hibari, nie słuchaj go! Ona jest zdolna do wszystkiego! - ich głosy są zachrypnięte. "Zdolna do wszystkiego"? Chyba rozumiem. Ta kobieta chce powiedzieć, że zabiję im syna.Szybko wnioskuję łączące ich relacje, czyż nie? Ludzie w psychiatryku nazywali to intuicją. Intuicją rodziny Vongola. Do tej pory nie rozumiem, co mieli przez to na myśli.
   Ważniejszym jest jednak to, co dzieje się w tej chwili. Olać przeszłość, patrzmy na teraźniejszość. Rozpiera mnie złość, która zaczyna przysłaniać mi zdrowy osąd sytuacji. Nie jestem mordercą. Owszem, mogę zrobić krzywdę, ale tylko wtedy, gdy jestem naprawdę zła. No... czyli teraz, w tym momencie. Furia zasłania mi uszy swoimi parszywymi łapskami. Głosy stają się przytłumione. Czuję, jak wewnątrz mnie kumuluje się energia. Muszę się jej jakoś pozbyć, bo mnie rozsadzi.
   Na moim czole pojawia się specyficzny płomień. Pomarańcz pomieszana z błękitem idealnie podkreśla oczy pełne nienawiści do całego świata oraz rysy twarzy poprzecinane różnymi bliznami po walkach i najstraszniejszymi ludźmi na planecie. Dłonie mam spowite ogniem o identycznej barwie co ten emanujący z głowy. Na kilometr wyczuć można ode mnie mordercze intencje skierowane głównie do zebranych w pokoju. Wzbijam się w powietrze. Towarzyszy temu cichy świst powietrza. Włosy latają mi na wszystkie strony jak szalone. Wystawiam ręce w bardzo ciekawej pozycji, której wyuczyłam się morderczych treningach. Jedna jest wystawiona do przodu a druga - jak w odbiciu lustrzanym - do tyłu. Kumuluję w nich mniej więcej tyle samo ognia.
- X-BURNER - słyszę swój niewyraźny głos zachrypnięty od wiecznego milczenia. Jak dawno nie używałam własnych strun głosowych... Pragnę nawet rzec, że stęskniłam się za tym brzmieniem. Chyba powinnam w najbliższym czasie przypomnieć sobie wszystkie słowa. Obawiam się, że nie będę w stanie sklecić nawet najprostszych zdań.
  Płomienie, które nigdy nie powinny zostać wypuszczone na świat właśnie przypalają wysokiego faceta o ciemnych włosach. Widzę to wszystko mimo żaru płynącego ode mnie. Nie przeszkadza mi to. Właściwie to czuję się komfortowo. Ogarnia mnie nieopisane szczęście. Czuję się tak, jakbym nareszcie pozbyła się ogromnego balastu, o którym nie zdawałam sobie nawet sprawy. Dźwięki docierają już
 do mnie bez problemu. Ktoś krzyczy bym przestała. Nie słucham. Moje oczy płoną, na twarzy pojawia się szaleńczy uśmieszek. Nikt ani nic już nie da mi rady, muszą czekać aż się zmęczę choć to jest z lekka niemożliwie. Kumulowałam w sobie tę moc i właśnie znalazła ujście. Tego jest za dużo, mężczyzna umrze. Gdy już mam usunąć wszelkie hamulce, w głowie ukazują mi się przedziwne obrazy  przeszłości, o której chciałabym zapomnieć i nigdy do niej wracać. Hamują mnie, sprawiają, że nie jestem w stanie nikogo zabić. A tak bardzo pragnę krzywdy człowieka. Pragnę, by on również poczuł ten ból, co ja. Może to trochę zbyt egoistyczne, ale właśnie taka jestem. Nikt ani nic mnie nie zmieni. Nawet cholerna miłość.
   Jednak moje misterne plany zostają powstrzymane jednym szybkim cięciem. Jedyne, co słyszę to świst stali i łopotanie płomienia. Później następuje tylko tępy ból. O dziwo nie widzę smug krwi, gdy spadam na podłogę z głośnym hukiem. Gruz sypie się wokół a ja nie mogę złapać tchu. Bolą mnie wszystkie części ciała. To tak, jakby wbijano w ciało miliony igieł do zastrzyków. I to przez niewprawioną pielęgniarkę.
   Próbuję się podnieść na rękach. Za każdym razem, niestety, upadam. Towarzyszą temu ciche krzyki, którę chętnie bym schowała głęboko w pierści. Jestem zła na siebie. Za to, że okazuje słabość. I to przy tylu ludziach.
   Płaczę. Kolejny powód, by być wściekłą. Jak mogę się tak załamywać?!
   Wpatruję się w jasny sufit i zamykam oczy, mrugam. Staram się uspokoić. Potok słonych kropli jednak nie ustaje i nie pozostaje mi nic innego jak zakrycie dłońmi zaróżowionych oczu. Ocieram je we frustracji. Też nie pomaga. Nagle nachodzi mnie chęć przytulenia się do kogoś i nie opuszcza przez cały czas. Zostaje ze mną do momentu, w którym dostaję tępą stroną miecza po brzuchu. Czarne, czerwone, zielone, niebieskie i żółte plamy nachodzą na siebie i tworzą po chwili aksamitną chustę. Nic nie widzę. Nic nie słyszę. Mam wrażenie, że umarłam. Nareszcie. Śmierć objęła mnie swoimi ramionami! Uśmiecham się do siebie i oczyma wyobraźni wyciągam rękę ku górze i macham. Do tego szarego, bolesnego świata. Mówię mu "Żegnaj, nie będę tęsknić.".

1 komentarz:

  1. Mam nadzieję na rozwinięcie się bloga, bo może być ciekawie. Ach...znam ten ból gdzie nie spojrzysz to nawalone góry yaoi, dlatego czytam już opka na obcojęzycznych stronkach. Kiedyś tworzyłam, gdy również miałam fazę na KHR. Życzę dużo weny twórczej.

    OdpowiedzUsuń